Architektura w Ghost Recon: Wildlands – ameryka łacińska malowana wioskami, pałacami i modernizmem

Architektura w Ghost Recon: Wildlands – ameryka łacińska malowana wioskami, pałacami i modernizmem

Architektura w Ghost Recon: Wildlands – tu Nomad. Przybyliśmy właśnie do Boliwii. Ciekawe miejsce. Kraj niezwykle różnorodny i piękny. Boli patrzenie na tych biednych ludzi, których wykorzystuje kartel. Może gdyby mój syn przyjechał tu na parę dni, doceniłby swoje życie w Stanach. Wraz z sierżantami Midasem, Holtem i Weaverem przybyliśmy na zlecenie połączonych sił CIA, DEA i JSOC aby zająć się tematem kartelu narkotykowego Santa Blanca. Naszym kontaktem jest agentka CIA – Karen Bowman. Jakoś to będzie.

Domy z gliny i hiszpańskie wpływy

Na miejscu spotkaliśmy się z przywódcą rebelii Pacem Katari – nie ufam mu. Nie ufam nikomu na tej szerokości geograficznej poza Duchom. Nawet Bowman trzymam na dystans. Pomimo twardego charakteru jest jeszcze świeża – nigdy nie wiadomo co jej do głowy strzeli. Ale powiem Wam, że Boliwia jest piękna o tej porze roku. Chcecie wiedzieć jak tu jest?

Pora na odrobinę historii. Był XVI wiek gdy ziemie należące od tysiący lat do plemion prekolumbijskich, najechali hiszpańscy konkwistadorzy. Wraz z nimi w ten rejon świata przybyła również ich architektura. Z biegiem czasu kultury prekolumbijskie łączyły się z hiszpańską i powstał wspaniały miszmasz zwany „mestizo baroque” – można powiedzieć, że jest to styl łączący hiszpański sposób myślenia o przestrzeni oraz sposoby i materiały budowlane znane w Boliwii od tysięcy lat. Europejczycy powinni się wspaniale odnaleźć w tej plątaninie uliczek i domków.

Hiszpanie szybko zaczęli wznosić ogromne miasta na planie typowego dla siebie wzorca. W centrum miasta umieszczano więc budynki użyteczności publicznej takie jak kościół i siedziba gubernatora. Dopiero wokół nich wznoszono kolejne budynki. W przeciwieństwie do miast zakładanych w Stanach, miasta w Boliwii nie mają większego planu. Kolejne gmachy stawiano tak, żeby było wygodniej. Miało to dużo sensu, ponieważ Boliwia jest w większości lasem tropikalnym i ciężko w takich warunkach równać grunt.

Typowe niewielkie miasteczko w Boliwii. Domy z dachami jednospadowymi.

Wznoszone przez hiszpanów domy posiadały spore dziedzińce oraz dachy kryte czerwoną, wypalaną dachówką. Często były również wybielane wapnem. Odróżniały się znacząco od lokalnych domów budowanych ze słomy, sieczki i drewna. Z czasem, oba te rozwiązania zaczęły się przeplatać i jedynie w niewielkiej części można oglądać domy o konkretnym sposobie budowy. Szkoda, że większości Boliwijczyków nie stać na takie ładne budynki.

Jakie domy są w Boliwii

Zacznę od tego, że kraj jest jednym z największych w jakich byłem. Boliwia jest po prostu ogromna! Kraj jest dodatkowo pocięty trzema pasmami górskimi. Jak tutaj jest różnorodnie! Domy położone wyżej wyglądają inaczej niż te nad brzegami rzek czy w dolinach. Niestety. Mimo to, że typy zabudowy się między sobą różnią to jednak po dłuższej podróży wydają się być takie same i dzielą się z grubsza na parę typów. Wioski górskie, położone w dolinach, nad rzekami, miasta bardziej zurbanizowane i zabudowania wojskowe. Każda z tych grup jest zbudowana z tych samym klocków, tylko inaczej ułożonych.

Domy Boliwijczyków są budowane… z czego się da. Smutno to mówić, ale od lat 80-tych kraj ten przechodzi pewien kryzys, dlatego bardzo dużo budynków jest niedokończonych i wyglądają jak w krajach Układu Warszawskiego przed upadkiem ZSRR. W większych ośrodkach miejskich budynki są budowane z importowanego pustaka, niestety mieszkańcom często brakuje już pieniędzy na tynkowanie i taki już zostaje.

Niewielkie domek na przedmieściach większego miasta – pieniędzy nie starczyło już na elewacje bądź odpadła ona z biegiem czasu

Innym typem zabudowy jednorodzinnej jest typowy dla Boliwii budynek w technologii tradycyjnej. To kryty rodzajem strzechy dom o dwuspadowym dachu (choć dawniej domy te przypominały raczej koło, a dach miał kształt stożka), ściany są w technologii drewniano-glinianej. Często bywają wypełnione sieczką glinianą.

Tradycyjny dom boliwijski – dwuspadowy dach kryty strzechą. Spotykany na mniejszych wsiach.

Pałace

Kartel Santa Blanca to organizacja przestępcza, która zaadaptowała wiarę do swojego kodeksu etyki. Przesprytne chuje. Jest nawet bogaty trzon kapłanów dbających o wiernych. A nic tak nie krzewi wiary w rodakach jak piękne świątynie. I tych rzecz jasna tutaj nie brakuje. Wśród sakralnych świątyń pierwsze skrzypce grają ogromne mauzolea oraz kościoły. Największą spośród świątyń kultu jest bazylika Santa Muerte w rejonie Malca – byliśmy tam. Holt zrobił sobie nawet zdjęcie!

Bazylika Santa Muerte w rejonie Malca – pozdrawiam Holt

Sama świątynia jest otoczona całą sanktuaryjną zabudową, zapewniającą pontnikom wszystko czego chcieliby od takiego miejsca. Droga do bazyliki prowadzi między symetrycznie położonymi budynkami pełnych łuków. Jest to oczywiste nawiązanie do hiszpańskich wpływów w architekturze. Świątynia jest bardzo prostą bazyliką o budowie dwunawowej, z dwiema kruchtami po bokach. Widocznie jest ukazany transept, czyli nawa poprzeczna oddzielająca prezbiterium od pozostałej części. Wypisz wymaluj sanktuarium, do którego mogliby podążać pielgrzymi. Ot taki boliwijski Licheń czy inna Jasna Góra.

Nieco ciekawiej jest w przypadku kaplicy La Santery. Modernistyczny budynek oparty o kwadrat przypomina bardziej gmach muzeum niż kościół. Jego najciekawszą cechą są ciekawe witraże, w niektórych oknach. Dzieła te są zachowane w duchu modernizmu i mają w sobie coś z socrealizmu, zwłaszcza mocno zarysowane kształty postaci. Na szczęście w czasie małej wymiany ognia nic im się nie stało.

Kaplica La Santery

Bez wątpienia największy budynek w Boliwii to ogromne mauzoleum El Sueño. Ten zasrany farciarz ma jakiś problem – pieprzony megaloman. Wybudować sobie mauzoleum za życia. Żebyście ją widzieli na żywo. Ogromna kopuła grobowca jest widoczna z wielu miejsc w Boliwii. Jest takim punktem odniesienia, absolutną dominantą regionu. Wejście do budynku jest przykryte ogromnym portykiem z kolumnadą. Na szczycie obu kopuł mieszczą się okazałe latarnie, czyli elementy architektoniczne wpuszczające do wnętrza światło słoneczne. Nie opodal mauzoleum powstaje inny grobowiec. Również otoczony kolumnadą, lecz jego komora ma znajdować się w skale. Z pewnością miał tam spocząć jeden z podkomendnych El Sueño – El Chido. Dużo nie zdradzę, ale El Chido trafi tam szybciej niż się spodziewa.

U góry widać budowę mauzoleum El Sueño, natomiast u dało budowę grobowca jednego z podwładnych przywódcy Santa Blanca – El Chido

Kościoły nie należące do Santa Blancy są widocznie mniej „bogate”. To położone najczęściej w mniejszych wioskach świątynie mają dużo uroku. Wszystkie zbudowane z lokalnych materiałów. W niektórych miejscach są to zupełnie proste budynki gliniano-ceglane kryte strzechą o jednej wieży. Bywają kryte wapnem świątynie o kopułowym zakończeniu wieży.

Kościoły we wsiach nie prezentują się tak bogato jak te wspierane przez Santa Blance

Świątynia pokazana na górnym kafelku z prawej strony posiada nawet przypory (choć nie mam pojęcia – po co, ponieważ przypory odciążają konstrukcję dachu, a tutaj jest on lekki). Są to kościoły jednonawowe i bardziej przypominają kaplice. Najpiękniejsze w nich jest regionalny budulec. Zwróćcie uwagę, że te położone wyżej korzystają z kamienia, a te położone niżej z cegły wypalanej uzupełnionej sieczką glinianą. To nie przypadek! Po prostu ten budulec był tutaj dostępny. Widać, że ludzie tutaj są wierzący i radzą sobie jak mogą.

Modernizm

Niewiele jest krajów na świecie gdzie tak dokładnie widać rozwarstwienie społeczne. W Boliwii albo jesteś bogaty albo biedny i to doskonale widać po domach Boliwijczyków. Domy majętnych osób widać z daleka, ponieważ najczęściej są otoczone ogromnym murem bądź są to modernistyczne klocki popularne zwłaszcza w pierwszej dekadzie XXI wieku.

Świetnym przykładem jest budynek należący do jednego z Buchones kartelu. Jest to modernizm w nieco starym stylu. Połączenie prostych brył przecina jedna kamienna ściana prowadząca przez połowę budynku. Ten sam kamień jest widoczny również na parterze, co jednocześnie łączy wizualnie białą bryłę z naturalnym podłożem. Wnętrze niestety jest bardzo ciemne i nie posiada wielu okien do czego przyzwyczaja modernizm.

Typowa modernistyczna rezydencja w nieco starym stylu

Ale najwspanialsze miejsce jakie udało się nam znaleźć to ogromna posiadłość należąca do Nidii Flores. Przede wszystkim, budynek czerpie z hiszpańskich wzorców architektonicznych i łączy je modernistycznym stylem. Przed posiadłością rozpościera się ładny ogród pełen białych pergoli. Dopiero później znajduje się brama wejściowa łącząca się z typowym dla tej kultury łukowatymi łącznikami.

Posiadłość Nidii Flores – kawał chałupy. Pół Boliwii by się tu zmieściło

Ta część posiadłość charakteryzuje się również wspaniałą dachówką na dachach. Koniec wieńczy wspaniałą wieża o złotym wykończeniu kopuły. Nie do końca rozumiem, po co ona jest. Być może, ma to być forma dzwonnicy bądź proste miejsce obserwacyjne. Jeżeli tak było, to niewiele pomogło. Weszliśmy tam jak do siebie. Jak ładny układ tworzą te zabudowania widać na kafelku w lewym dolnym rogu zdjęcia powyżej.

Wnętrze puste jak dusza członków kartelu. Pełno przepychu, ale w złym guście i pogrążone w ciemnościach

Niestety do większość domu nie można wejść, a jak już można to sposób jego aranżacji jest… po prostu słaby. Rezydencja z grubsza dzieli się na dwa poziomy. Pierwszy jest ten oficjalny – znajduje się tutaj spory kryty basen oraz główny hol ze stołem do przyjęć bądź narad. Na górę prowadzą pięknie rzeźbione schody pełne ozdób, kończą się one… no właśnie. Kończą się ścianą i korytarzem w obie strony. Trochę to wszystko się kupy nie trzyma.

Tu działa się magia – sypialnia Nidii Flores. W sumie nic ciekawego, ale ładny widok z okna

Kierując się schodami do góry trafiamy na kolejne piętro, które jest już poziomem prywatnym. Znajduje się tutaj mini ogród pełen pięknie rzeźbionych zwierząt oraz plac zabaw dla dziecka Nidii. W środku można znaleźć sypialnie córeczki (wraz z kolejną salą zabaw), łazienkę oraz sypialnię gospodyni. Niestety całość nie robi takiego dobrego wrażenia. Wszystko jest nieprzemyślane i zwyczajnie brzydko wykończone w ciemnych kolorach. Co kłóci się modernistyczną bryłą budynku. Najładniejszy w tym wszystkim jest widok z tarasu na dolinę.

Droga śmierci

Jedną z atrakcji Boliwii jest słynna „droga śmierci” czyli El Camino de la Muerte – tam też byliśmy! W rzeczywistości jest to 30-kilometrowy kawałek drogi na górskich zboczach. Droga to może za dużo powiedziane, to zaledwie gliniana ścieżka o szerokości dwóch mijających się aut (bez lusterek bocznych). Według oficjalnych statystyk na tym jednym kawałku trasy ginęło nawet 300 osób rocznie – w latach 90-tych.

El Camino de la Muerte – na Discovery wydawało się być ciekawiej! Ale widoki piękne!

Obecnie droga jest jedynie przeznaczona dla ruchu turystów, aby móc się nią przejechać trzeba zapłacić około 150 dolarów. Trasa została zastąpiona w pełni wyasfaltowaną trasą po przeciwległym zboczu góry, gdzie teraz jeżdżą autobusy i ciężarówki. Te, do 2005 roku pędziły na glinianej ścieżce i aż ciężko to sobie wyobrazić jeżdżąc tą samą trasą. Ścigaliśmy tutaj jednego delikwenta, może nie będę kończył jak to się skończyło. Na wypadek gdyby ta informacja trafiła w ręce kogoś niepowołanego. Bowman byłaby ze mnie dumna. Ale jeżeli przyjedziecie tu kiedyś na wczasy – polecam przejażdżkę terenowym wozem po tej trasie. Droga znajduje się północnej części kraju.

Ciekawostki o Boliwii

Będąc w Boliwii widziałem wiele dziwnych rzeczy. Nie wszystkie nadają się do oglądania, ale trafiłem też na całkiem ciekawe miejsca! Pamiętacie Klausa Barbiego? Rzeźnika z Lyonu? Nazistowskiego zbrodniarza? Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego CIA z nim współpracowało, ale po 55-tym uciekł do Ameryki Łacińskiej i zaszył się w Boliwii. Znaleźliśmy jego opuszczony dom!

Tak mieszkał Klaus Barbie w czasie gdy ukrywał się w Boliwii. Miała menda niezły gust

Był w prowincji Monte Puncu. W pierwszej chwili wydawał się jedynie kolejny opuszczonym gospodarstwem jakich wiele w Boliwii. Ale gdy sprawdziliśmy działkę lepiej, to w głównym budynku znaleźliśmy mechanizm otwierający tajne drzwi do piwnicy! To właśnie tutaj ukrywał się przez wiele lat ten zbrodniarz. Wnętrze jest małe, ale urządzone w przytulny sposób. Skórzany fotel, szafka na wino oraz półki z książkami w zapomnianej przez świat wiosce gdzieś na krańcu Boliwii to za dużo dla takiego człowieka – swoją drogą, Barbie został zatrzymany i odpowiedział za swoje zbrodnie. Przez wiele lat ukrywał się właśnie w tutaj. Może miał gust, ale dobrze że spotkała go na koniec kara.

Niezwykła polana – czułem się jakbym grał w tą polską grę – Witcher 3

Ale nie tylko złe rzeczy znaleźliśmy w Boliwii. W prowincji Villa Verde trafiliśmy na niesamowitą polanę owianą piękną legendą. Według niej, któregoś dnia piękna dziewczyna poślubiła ukochanego. Mężczyzna poszedł na wojnę i zginął, więc ona udała się do lasu i pełna smutku przytuliła się do drzewa. Tkwiła tam tak długo, aż przylgnęła do pnia na stałe. Miejscowe legendy mówią, że raz do roku z drzewa wyrasta piękny kwiat. Wszystko brzmi bardzo dramatycznie, ale na widok tej polany poczułem się jak w tej grze – Wiedźminie 3.

Operacja Kingslayer

Operacja Kingslayer była trudna i męcząca. Jesteśmy z chłopakami już mocno zmęczeni. A Bowman odwaliła taki numer, że głowa boli. Co do pana Katarii to nawet nie będę mówił. Ale wiecie co? Mieliśmy też dwa dziwne spotkania. Wyobraźcie sobie, że pomogliśmy legendzie! Sam Fisher potrzebował pomocy. Znaczy, może nie tyle pomocy – bo i bez naszej interwencji świetnie dałby radę. Może bardziej podwózki. Obserwować go w akcji to była sama przyjemność! Dostarczyliśmy do do punktu zbiórki – nie było nawet czasu pogadać. Ale my dla niego byliśmy raczej dzieciakami. 

Legendarny Sam Fisher – obserwowanie go w pracy to sama przyjemność

Dużo dziwniej było nieco wcześniej. W jednej z prowincji trafiliśmy na ślady dziwnych działań kartelu albo rebeliantów. Nie wiedzieliśmy o co konkretnie chodzi. Ludzie w pewnym miejscu dżungli po prostu znikali. Musieliśmy to sprawdzić. Gdy trafiliśmy do tego miejsca, dżungla zupełnie ucichła. Było bardzo dziwnie – w bardzo złym znaczeniu.

Sam nie wiem, co o tym myśleć. Może to jakaś tajna misja CIA? Może Bowman coś wie na ten temat

Najpierw znaleźliśmy wypatroszone i obdarte ze skóry ludzkie zwłoki. Nawet Kartel nie byłby do tego zdolny. Później było jeszcze dziwniej. Przy jednym ze wzgórz znaleźliśmy coś w rodzaju ołtarza. Były tam powieszone ludzkie czaszki z oddzielonym kręgosłupem! Jak w Mortal Kombat! Niedaleko tego miejsca znaleźliśmy ślady zielonej krwi. Tak! Zielonej i fluorescencyjnej. Poszliśmy tym śladem. Po pewnym czasie znaleźliśmy rozbity wrak jakiegoś samolotu. Nie widziałem nigdy czegoś podobnego, a wyglądał jakby już jakiś czas tam był bo porastały go pnącza. Obiecałem sobie, że zapytam Bowman czy to nie przypadkiem jakiś grat CIA, ale po tym wszystkim co widziałem później porzuciłem ten pomysł.

To najdziwniejszy mundur jaki widziałem. Wiem jedno. To coś nie pochodzi z naszej planety.

Gdy już myśleliśmy, że to wszystko to tylko jakiś sen dżungla ożyła! Dziwna postać ubrana w jakiś nowoczesny mundur zaczęła na nas polować. W walce towarzyszyli nam rebelianci Paca Katariego, ale padali jak muchy rażeni jakimś dziwnym promieniem. Postać walczyła z nami znikając w dżungli i wtapiając się w otoczenie. Pomimo wielu trafień przeciwnik długo nie padał. A gdy w końców uszkodziliśmy go tak, że nie był w stanie chodzić. Postanowił się wysadzić w powietrze! Nigdy nie widziałem tak małego ładunku o takiej mocy. Ledwo uszliśmy z życiem!

To już wszystko, co mam do powiedzenia o operacji Kingslayer. 

Nomad out!

GRA: Ghost Recon:Wildlands (bez dodatków) do nabycia na Games Republic!

SYSTEM: PS4