Seria Fallout – nieco osobistych przemyśleń

Fallout to dla mnie coś więcej niż gra. To wspomnienie beztroskiego dzieciństwa i pierwsze rumieńce spowodowane ważnymi wyborami, których jako gracz musiałem dokonać. Czwarta część cyklu nie ma u mnie łatwo. Stale muszę ją przerywać, aby ogrywać inne tytuły. I choć jeszcze jej nie przeszedłem, to mogę o niej powiedzieć parę rzeczy. Ale zacznijmy od kilku sentymentalnych zdań.
Seria Fallout 
Ludzie z reguły nie pamiętają dużo ze swojego dorastania. Zaledwie migawki najciekawszych wydarzeń. Ja nie jestem wyjątkiem. Też mam swoje migawki. Jedną z nich się z wami dzisiaj podzielę. Pochmurne i deszczowe popołudnie około 2003 roku. Zepewne jesień, bo około 16-tej było ciemno, a nie było jeszcze śniegu. Wchodzę z mamą do sklepu Topaz na jednym z osiedli. Rzadko do niego zaglądaliśmy, bo nie był po drodze. Mama robi zakupy spożywcze, natomiast ja patrzę z otwartymi ustami na metalowy kosz pełen pudełek z grami. Typowe wtedy DVD-boxy. W środku gry z serii ExtraKlasyka oraz jakieś budżetówki pokroi Przygody Hugo. Spoglądam z błagalną miną na swoją rodzicielkę. W pierwszej chwili odmawia, ale gdy widzi ceny i moją błagalną minę w końcu kiwa głową, a ja mogę zacząć szukać czegoś dla siebie. Wyboru dużego nie ma. Ale nie było to w sumie ważne. Moją kolekcję oryginalnych gier tworzyły wtedy ze trzy tytuły, więc jeden więcej to było wielkie wydarzenie. Gdy miotałem rękoma w koszu niczym myszy po obierkach, wygrzebałem może ze dwie gry, które wydawały się ok. Jedną z tych gier był Fallout 2. Przekonała mnie okładka, jakaś twarz w hełmie z przyszłości.

Pierwsza legalnie kupiona gra. Przekonał mnie do jej zakupu pan z ciekawą maską. 

Gdy wróciłem do domu od razu ją zainstalowałem i odpaliłem. Pierwsze wrażenie? DUŻE ROZCZAROWANIE. Ale jak to?! Jakie Arroyo? Dzidy jakieś i wioska? Przecież miał być koleś w masce z przyszłości, a nie jakieś dzikusy. Nie chcąc sprawić przykrości mamie kłamię, że to super gra i już mi się podoba, choć w duszy mam ochotę wrócić do GTA2. Pogram trochę w to gówno, a gdy mama zaśnie to włączę sobie coś innego – postanawiam i ruszam do świątyni prób.

Parę godzin później, gdzieś około 3 w nocy. Moja postać dociera do miasteczka Klamath, a ja wściekły, że nie jestem w stanie dać rady dłużej idę spać. Tak zaczyna się moja historia z serią Fallout. Chwilę później dostaję wydany dwa lata wcześniej Fallout Tactics (mój prezent na gwiazdkę od mamy i dziadków), następnie poznaję pierwszą część i doceniam inne gry RPG łącznie z Arcanum (nadal wierzę, że będzie druga część), Baldurs Gate, Planescape: Tourment i tak dalej. W tym samym czasie oglądam pierwsze części Mad Maxa i zupełnie wsiąkam w świat post-apo.
Moja piękna kolekcja gier z serii Fallout. Nie mam może kolekcjonerek, ale i tak duma mnie napawa. 
Na Fallouta 3 czekałem z wielkim podeskcytowaniem. Odpaliwszy go w końcu na moim wiernym X360, na początku bawiłem się nieźle, ale nigdy nie ukończyłem tego tytułu. I przeżyłem wtedy czarną rozpacz. Rozczarowanie to było dobre słowo. Niewiele lepiej było z Falloutem: New Vegas.
Gdy zobaczyłem pierwsze zapowiedzi Fallouta 4, po prostu je zignorowałem czekając na grową adaptację Mad Maxa. Ta spełniła moje oczekiwania, o czym pisałem tutaj. Jednak, po roku od premiery zapragnąłem dać szansę Falloutowi raz jeszcze.
Fallout 4 daje możliwość grania jak się chce. W tym wypadku, mój snajper w fedorze. Klasa!
Początek był naprawdę dobry. Filmik wprowadzający jest super! Historia, którą poznajemy w ciągu 3 minut sprawia, że z uznaniem kiwamy głową. Wszystko po to, by chwilę później zacząć jedno z najbardziej drętwych “otwarć historii” w grach komputerowych. Sorry. Jak moment pokazujący USA, na dosłownie minuty przed atomowym aparthaidem, można zrobić w tak pozbawiony emocji gameplay? Pamiętam, jak kiedyś narzekano na pierwsze Fable, bo dzieciństwo bohatera trwało zaledwie półtora godziny. Tutaj jest to całe piętnaście minut niezbyt wciągających rozmów i koniec. Bardzo szkoda. A najgorsze dopiero przed nami. Powiem szczerze. Fallout zawsze miał trudne początki, ale część czwarta to nowy rekord. W dwójce trzeba było się przemęczyć ze świątynią prób, a tutaj trzeba przemęczyć się z… nawet, nie wiem z czym. Ponieważ z kim bym nie rozmawiał, to każdy narzeka na pierwsze godziny gry. Sytuacja poprawia się dopiero po paru godzinach, ale ciężko powiedzieć w którym momencie. Każdy twierdzi inaczej. I na tym polega zagwozdka, bo nie ma jakiegoś takiego konkretnego momentu w ani w linii fabularnej, ani nie pojawia się jakaś spektakularna mechanika. Po prostu w pewnym momencie jest lepiej! Po prostu jakaś magia!
Wizualnie jest naprawdę nieźle. Choć grafika nie zachwyca wodotryskami to naszym oczom ukazuje się całe spektrum barw.
Ale Fallout 4 to nie tylko drętwy początek, ale również całkiem przyjemna gra. Po pierwszych godzinach żałowałem zakupu, natomiast po rozegraniu dwudziestu paru godzin muszę przyznać, że gdyby nie ogrywanie wersji GOTY Metal Geara na potrzeby tekstu, to bym z chęcią wrócił na pustkowia.
Nie ma Fallouta bez skórzanych kurtek. Po prostu, nie ma. 
Fabuła. Może faktycznie i jest. Ja tam jej nie znalazłem. Ot jest jakaś historia. Ale ani ona frapująca, ani oryginalna. A największym problemem jest to, że w ogóle nie miałem potrzeby, żeby za nią podążać. Świetnie oddają to memy o śrubkach. Naprawdę fabuła nie jest najważniejsza w tym tytule. Ale co ciekawe. Fallout 4 jest tym Falloutem! Te krótkie dialogi, ten świat i wszystko, co z nim związane. Wszystko tworzy klimat. Historia, którą poznajemy poprzez różne dzienniki, rozmowy jakie uda nam się podsłuchać. Czuć w tej części coś jakby echo, minionego świata. I to jest po prostu świetne. Mało tego! Jedną historię można poznać z różnych perspektyw. Gdy rozniosłem w pył (przy okazji jakieś bzdurnego zadania) jedną bazę bandytów, to po jakimś czasie przy okazji rozwalania jakiejś innej bazy znalazłem zapiski, gdzie dowodzący grupą cieszył się, że ktoś (czytaj: ja!) rozwalił tych kmiotów. Poczułem się naprawdę, jakbym był w tym świecie i jakoś go współtworzył. Genialne! Ale to nie koniec atutów, które ja zobaczyłem.
Grasz jak chcesz. W poprzednich częściach odnosiłem wrażenie, że żeby wygrać trzeba uzbrajać postać w coraz większe spluwy, przez co zawsze kończyło się to posiadaniem Power Armora. Jak dla mnie, to słaba opcja a najlepiej bawiłem się w pierwszej części zabawy, gdzie nosiło się jedynie skórzaną kurtkę. A Fallout 4? Wprowadza Power Armory. Niby nic w tym nowego, ale tym razem, żeby ich używać trzeba posiadać wystarczającą ilość ogniw fuzyjnych. One definiują tak naprawdę, ile możemy używać pancerza. I to jest genialne w moim przypadku. Poznając świat mogę sobie pozwolić na chodzenie w normalnych ciuchach, a gdy docieram do miejsca gdzie zapewne nastąpi “rozpierducha” to zakładam Power Armor. Dzięki temu nie ginę często, a bawię się tak jak chcę.

Świat Fallouta to jak zawsze, przebrzmiałe echo dawnych czasów. Tym razem jest ono słyszalne najmocniej. A co do tematu edytora osad to jeszcze się wypowiem. Wrrrr..
Nie wiem czy macie podobnie, ale ja w każdej kolejnej części Fallouta szukam części drugiej. Szukam tego samego klimatu, tych samych znajomych lokacji. Kwestii podejścia do designu i tak dalej. Z częścią numer cztery jest bardzo podobnie, ale z tą różnicą, że akceptuję zmiany. Rozumiem, że pustkowia w nowożytnych czasach są mniej zniszczone. I niby tęsknie za utworami z dwójki. Tęsknie za Nowym Reno, Klamath czy Hakuminem, ale jednocześnie dociera do mnie, że nowy Fallout jest TYM Falloutem. Tylko, że dalej. W przypadku trójki w ogóle tego nie poczułem. A tutaj tak!

Gra na mojego osobistego Pip-Boya. Taki Falloutowe Donkey Kong 

Innymi słowy. Uważam, że Fallout 4 to naprawdę dobra gra. Trzeba dać jej jedynie trochę czasu by bawić się przy niej tak jak przy drugiej części. W mojej ocenie. Na pierwszym miejscu pozostaje Fallout 2, a druga lokata przypada części czwartej! Tak. Uważam, że to lepszy tytuł niż pierwsza i trzecia część. Jest również lepsza niż Fallout Tactics oraz New Vegas. Gdy tylko będę mógł. Wrócę do mojej strzelby i snajperki*. 

* W grze istnieje możliwość zmieniania nazwy broni. Moja strzelba nosi imię: „Jej szept”, a karabin snajperski „Pocałunek Sylwii”, obie bronie zostały nazwane na cześć mojej wspaniałej żony, która musi znosić moje zachwyty na punkcie gier.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *