Archiweek #1 Beta Battlefielda 1 oraz nieco słodkości

Pora na nieco zmian na blogu. Po pierwsze, postaram się o to, by wpisy pojawiały się częściej (ehe). Po drugie, nie wszystkie będą dotyczyć tylko architektury. Ich treść będzie odnosić się do tego, co w danym momencie zaprząta mi głowę w dziedzinie architektury i gier. I tak. W tym tygodniu będzie to beta Battlefielada 1 oraz… architektoniczne ciastka!


Jako, że jest to blog o grach to mimo wszystko należałoby wspomnieć o jakimś tytule. A jedyny, który przychodzi mi do głowy w tym momencie to… Battlefiled 1.
Nie ma screenów. Bo nie chciało mi się szukać w opcjach Originu przycisku odpowiedzialnego za screeny. 
Na początku minionego tygodnia usiadłem na parę meczyków do nowego dzieła od EA. Przezwyciężyłem swoją niechęć do gier multi i spróbowałem swoich sił w pierwszej Wielkiej Wojnie. Świetnie się bawiłem… przez pierwsze 15 minut. Zacząłem średnio, ponieważ wybrałem podstawową klasę. W skórze mięsa armatniego poznałem trochę udostępnioną mapę i pojeździłem nieco pojazdami. Nie będę ukrywał, że we wnętrzu czołgu czułem się trochę jak w Gwiazda Śmierci w uniwersum Star Wars! Gdy kompani zajęli dodatkowo wszystkie dostępne karabiny, działa czy co tam jeszcze było… to mogliśmy razem wyrzynać wszystkich przez dobrych parę minut. Na moje niewprawne w multi oko, wygląda to jak zła optymalizacja dostępnego sprzętu.
Następnie przesiadłem się na snajpera. I się zaczęło. Pojazdy poszły w odstawkę. A ja bawiłem się całkiem nieźle. Byłem snajperem dość aktywnym, biegającym często w centrum zabudowań z pistoletem i przeskakując z leja do leja. Więc kamperem nie byłem, a przynajmniej nie aż tak dotkliwym jak się może wydawać. Mam taką nadzieje. Ale ta miła gra, gdzie ilość fragów i deadów się wyrównywała szybko się skończyła. W pewnym momencie 70% procent wszystkich graczy było snajperami. A w centrum zabudowań trudno było kogokolwiek znaleźć do bardziej „zbliżeniowych” pojedynków. Za to ze wzgórz po obu stronach błyskały jedynie „oczka” lunet. Znowu kulał balans.
Pochwalić za to muszę samo naprawianie Battlefielda „ad hoc”. Gdy pierwszego dnia usiadłem do meczu to z kilkunastu tylko jeden skończyłem. Bo ciągle wyrzucało mnie do pulpitu. Innym razem, moja postać pojawiała się na mapie pozbawiona broni (co pięknie wykorzystywała drużyna przeciwna)a ja czułem się trochę jak żydzi z Listy Schindlera, gdzie jedynie mogłem czekać na strzał w potylicę… sam nie mogąc nic zrobić. Na szczęście następnego dnia, gdy usiadłem do meczu wszystko działało już płynnie. Nie wywalało mnie do pulpitu ani nie pojawiały się żadne techniczne problemy. Ale grę szybko porzuciłem, bo biegając tankiem po planszy obrywałem od snajperów zbyt często. Zdecydowanie zbyt często. Na tym skończyłem przygodę z Batllefieldem, ale na pewno nie z multi. Jeszcze kiedyś spróbuję!
Jeżeli macie jakieś tytuł do polecania, do grania w multi. To polecajcie. Może się wciągnę? 
A teraz nieco smaczniejszych tematów. 
Architektura jako dziedzina nauki jest specyficzna. Jest to na poły inżynieria, a na poły sztuka. Te dwie materie przeplatają się między sobą niczym jajko z mąką w przepisie na ciasto. A skoro już o ciastach i architekturze mowa… Zobaczcie wspaniałe desery serwowane przez architektkę – Dinarę Kasko.
Tak. To jest ciastko. Powtórzę raz jeszcze. Ciastko. 
Ci co mnie znają, z pewnością zdają sobie sprawę jak bardzo nie lubię słodyczy. Mój stosunek do wszelkich żywieniowych słodkości jest naprawdę… trudny. Tym bardziej podłapałem temat niezwykłych słodyczy, w przerwie od przechodzenia nowego Deus Exa. Na jego temat napiszę w najbliższym czasie i skupię się na Pradze (niespodzianka).
Słodycze przygotowane przez Dinarę wyglądają jak niesamowite budynki bądź ciekawe struktury. Jakość ich wykonania oraz poziom detali i faktur po prostu zapiera dech w piersiach. Choć widziałem podobne dokonania w makietach bądź zrealizowanych budynkach, to materiał z jakiego wykonane są te działa jest takie… urzekające? Pełne ciepła? Smaczne?
Mój faworyt. To pewnie jakaś wariacja na temat musu cytrynowego. 

Moim zdaniem, najmniej widowiskowy deser w jej wykonaniu. 

Nowe wcielenie Ferrero Rocher? 😉

Ten deser przypomina mi pracę włoskich futurystów z lat 70-tych. 

Dekonstruktywizm?

Ot, wariacja na temat pianki.

Po lewo – jeden z deserów. Po prawej znana kostka z gry Portal. Podobieństwo widać. Może następnym razem edycja inspirowana grami?
W pracach tej zdolnej cukierniczki nie widać jednego konkretnego nurtu. Gładkie faktury przeplatają się z tymi porowatymi. Zygzaki i nieregularności mieszają się z podstawowymi kształtami i na odwrót. I jest to po prostu piękne! Przez te zdjęcia popatrzę na Snickersa zupełnie inaczej niż dotychczas.